Towarzysz Sharanowicz – VW Sharan TDI DSG

Po przejechaniu dwustu metrów Megane RS, wiedziałem, że to wspaniały samochód. Na Cactusa wystarczyło spojrzeć, a do Cee’da wsiąść. Małe Volvo również szybko odkryło swoje dobre strony. Nie mówiąc o Jedynym Porsche – wiedziałem, że będzie mi się podobało zanim w ogóle trafiło w moje ręce. Dlaczego o tym wspominam? Powód jest prosty toteż śpieszę wyjaśnić – jestem na świeżo po przejechaniu 900 km Volkswagenem Sharanem i nie przychodzi mi do głowy absolutnie żadne stwierdzenie, którym mógłbym go zwięźle opisać.

Kiedy młody brytyjski internetowy celebryta KSI kupił sobie Lamborghini Aventadora, postanowił napisać o tym piosenkę. Utwór, wątpliwej moim zdaniem jakości, zebrał w dwa miesiące 15 milionów wyświetleń na Jutubie, a jego refren zawiera słowa La La Lamborghini. Polski internetowy błazen, którego imienia zapomniałem, założył swojej Panamerze Turbo fanpage na Fejsbuku gdzie regularnie publikuje filmy prezentujące kunszt inżynierów ze Stuttgartu i swojej prawej stopy wciskającej pedał gazu. Miłość do Porsche sprawiła, że sprzedaje również kalendarze ze zdjęciami swojego „Czorta”.

Z drugiej strony skali mamy Sharana. Samochód, który nigdy nikogo do niczego nie zainspiruje, nie zmotywuje i nie dostarczy żadnych emocji. Nikt nie napiszę o nim piosenki, nie założy fanpage’a i nie spędzi wieczoru w pubie opowiadając o jego zaletach. W tym miejscu mógłbym właściwie zakończyć, gdyby nie mały błąd który popełniłem – nie powinienem myśleć o Sharanie jak o samochodzie i wszystkim co to dla mnie oznacza. Zamiast tego trzeba o tym Volkswagenie myśleć jak o urządzeniu. Jak o maszynie stworzonej w konkretnym celu i dla określonej grupy ludzi. Tak jak wiertarka Boscha jest dobra w wierceniu ale kiepska w mieszaniu zupy. A kosiarka Stihla nadaje się do koszenia trawy, ale nie powiesisz jej na ścianie by cieszyła oko. I choć trudno mi to przyznać, Sharan urządzeniem jest cholernie skutecznym.

Wnętrze Volksbusa spokojnie mogłoby robić za awaryjny stadion podczas Euro 2012, a w bagażniku można by równolegle pyknąć Open’era i nikt by nie narzekał na ciasnotę. Gorzej jeśli wśród kibiców lub fanów muzyki znaleźli by się fani designu – plastik tu, plastik tam, na kierownicy ekologiczna skóra z ekologicznej krowy żrącej ekologiczną trawę i tylko fotele z alcantarą ratują sytuację. Nie są przy tym niestety specjalnie wygodne, choć na pierwszy rzut oka widać, że zostały skrojone pod (jeszcze) większe tyłki niż mój. Cała reszta to typowy Volkswagen, czyli te same przełączniki radia, klimy, świateł i pozostałych czasoumilaczy – znane, momentami lubiane, a niektórzy nawet o tym marzą. Z tyłu trzy oddzielne fotele a la Dreamliner, a z tylniejszego tyłu dwa dodatkowe, podnoszone z podłogi bagażnika a la Zafira. Czerpali od najlepszych, nie ma co.

Towarzysza Sharanowicza, inaczej niż Dreamlinera, napędza tylko jeden silnik, w dodatku diesla. To mocniejszy z trzech dostępnych wariantów i przy tym jedyny, który nadaje się do tego samochodu. Przypominam, na sucho Volkswagen ów waży 1915kg – a nikt nie kupuje siedmiomiejscowego busa, żeby nim wozić powietrze – to załadowany ludźmi i szpejami waży już niemal dwie i pół tony. Jeśli ktoś uważa, że do ciągnięcia tego zestawu nadaje się kosiarkowe 1.4 lub słabsza, 140-konna odmiana diesla to jest, obawiam się, w błędzie (a jest jeszcze odmiana 115konna!). Żeby to sprawdzić, wybrałem się na narty do Włoch i na weekend do Tokaju. Przy pełnym obciążeniu i z trumną na dachu 170-konny motór miał kawał roboty. Przy niepełnym obciążeniu i bez trumny na dachu, choć z delikatnymi butelkami wypełnionymi tokajskim specjałem w bagażniku, trasa przebiegała w szybkim tempie i deficytów mocy nie odnotowano. Wojażom dalszym i tym krótszym sprzyja obecne na pokładzie Sharana DSG. Stali czytelnicy na pewno już wiedzą, że mój stosunek do tego wynalazku jest jak do zamawianej pizzy – wygodna, dobra i od czasu do czasu niezbędna, ale spożywaj za często i szybko się znudzi, rozleniwi i ogłupi. Tym niemniej w trasie nie ma lepszego kompana od porządnej dwusprzęgłowej skrzyni i już. A DSG jest porządną dwusprzęgłową skrzynią – dobrze współpracuje z dieslem, nie zmienia biegów jak głupia (bo ma ich sześć, a nie dziewiętnaście) a przy jeździe z górki zredukuje bieg po krótkim wciśnięciu hamulca, wykorzystując hamowanie silnikiem. Ah ci sprytni Niemcy.

Z podróżo-ułatwiaczy w Sharanie znajdziecie również elektroniczny ręczny z systemem Auto Hold, jeśli kogoś przerasta używanie tradycyjnej wajchy, oraz tempomat, jeśli kogoś przerasta kontrolowanie prawej stopy. Specjalność zakładu to jednak trzy osobne fotele w drugim rzędzie, ogromny bagażnik i przestrzeń panująca we wnętrzu. Wcześniej pisałem, że można by tu zorganizować jakiś mecz Euro 2012, chcąc w ten sposób zobrazować przepastność Volkbusa, jednak  myślę, że przekona was co innego – w Sharana udało nam się upchnąć bagaże dwóch (DWÓCH) kobiet.

Ktoś zapyta: Maćku, o wyrocznio, powiedz nam jak się tym jeździ? Cóż za bzdurne pytanie, jeździ się tym jak każdym innym Volkswagenem – na kierownicy nie czuć nic, zawieszenie bardziej w stronę komfortowego z uwagą by się busik nie przewrócił, hiperczuły pedał hamulca i tyle. W skrócie: idiotoodporne urządzenie do sprawnego transportowania tkanek miękkich.

Co sobie pośmieszkowałem to moje, a teraz, na koniec, trzy słowa na poważnie. Co ja sądzę o Volkswagenie, o całym VAGu i tym, że zrobili z produkowania samochodów totalnie pozbawiony emocji biznes to całkowicie osobna sprawa. Można dyskutować, czy każdy samochód powinien wywoływać emocje i uśmiech na twarzy – moje zdanie znacie. Abstrahując od tych romantycznych rozważań, trzeba Sharanowi oddać jedno – doskonale spełnia zestaw zadań do wykonania których został zaprojektowany. Urządzenie, owszem, ale urządzenie cholernie dobre.

2.0 R4
170KM/350Nm
v-max 207 km/h
0-100 9.8 sek.
1915kg (w tym kierowca i pół baku paliwa)
spalanie 6,7l/100km
cena od 154,590zł

Autorem zdjęć Towarzysza Sharanowicza jest Towarzysz Artur Nyk, którego inne prace możecie podziwiać o tu: KLIK!
Artur również lubi coś napisać, efekty o tu: KLIK!
Polecam zwłaszcza artykuł nt. sesji Bentleya: KLIK!

Ten wpis został opublikowany w kategorii przeJechane i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Towarzysz Sharanowicz – VW Sharan TDI DSG

  1. Volvo zdecydowanie bardziej inspiruje, motywuje i dostarcza emocji. :)

  2. Na mnie ten samochód nie robi absolutnie żadnego wrażenia. Kiedyś nim jechałem jako pasażer – nic szczególnego.

  3. ~applesupport pisze:

    Samochód to przede wszystkim tylko urządzenie i ma służyć celom praktycznym…

    • maciej pisze:

      Samochód to zawsze jest tylko maszyna – to od użytkownika zależy, w jaki sposób tą maszyne wykorzysta. Niektórzy chcą tylko wygodnego transportu z A do B, a inni lubią wsłuchać się w dźwięk silnika, pokonywać zakręt za zakrętem delektując się balansem czy rozpływać się na stylistyką. Sharan nie spełni żadnego z tych trzech warunków, jednak w tych bardziej przyziemnych będzie doskonały.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>